jaqb online

środa, 18 listopada 2009

koniec końców zgodziłem się wyjechać na kilka miesięcy.
tak naprawdę moja obecność za granicą to jakiś absurd. jedyny obcy język jakim potrafię się w miarę dobrze posługiwać to angielski. co prawda przez bełkot rodowitych angoli nie potrafię się do dziś przebić. zresztą nie ma to większego znaczenia w tej sytuacji.
miałem kilka podejść do pracy za granicą. szczerze jednak przyznam, że były to bardziej próby ucieczki od siebie, od ludzi i od własnych problemów. a z tym jak wiadomo po Jonaszu, Pan potrafi sobie bardzo dobrze radzić.
teraz jest inaczej: nie mam na to ochoty, nie czuję tego miejsca, nie znam języka, a co najbardziej mnie irytuje cała sprawa została załatwiona za moimi plecami. co prawda, wyraziłem tzw. wstępną zgodę, ale moje "myślę, że to możliwe" nie znaczy "tak, oczywiście".
jest jednak coś co mimo osobistej niechęci pcha mnie w tę drogę. jak nigdy wcześniej mam przekonanie, że tak będzie dla mnie lepiej. nazwałbym to wolą Boga, ale nie nazwę, bo...
tak czy siak jutro wylatuję na "rekonesans".

sobota, 14 listopada 2009

brałem ostatnio udział w kilku spotkaniach kapłańskich w mojej diecezji. co prawda nie przepadam za takimi sytuacjami, ale ze względu na urzędy, pracę i tzw. okoliczności byłem zmuszony w nich uczestniczyć.
podczas jednego z nich padło zdanie: "księdza może do końca zrozumieć tylko drugi ksiądz". to jedno z tych zdań wypowiadanych niemalże jako dogmat.
moim zdaniem świadczy to tylko o tym, jak chore są relacje między duchownymi a świeckimi. być pasterzem to nie być nad czy obok, ale przede wszystkim razem, dla siebie.

środa, 11 listopada 2009

pani redaktor wywołała mnie do odpowiedzi w ostatnim komentarzu.
napisałem o co prosiła. jednak jak się okazało, to co napisałem nie ukaże się w druku, bo "góra" zdecydowała inaczej. rozmawialiśmy o tym przez tela z panią redaktor, a później błąkając się po starym mieście we Wrocku, resztę sobie "domyśliwałem".
i wymyśliłem.
dla nas, ludzi po traumatycznych przejściach pisanie pisanie/mówienie o tym co było, gdy już jest się na prostej jest czymś więcej. nasza wrażliwość jest inna. ekstremalnie inna. z jednej strony nawet jedno słowo może spowodować lawinę pamięci, z drugiej strony bezpośrednie nazywanie po imieniu tego co było, może i często szokuje czytelnika/słuchacza. przy czym szok to słowo o najmniejszym ciężarze gatunkowym opisującym uczucia odbiorcy. myślę, że czytając mój tekst, ktoś kto miał decydować o jego publikacji w periodyku mógł czegoś takiego doświadczyć. stąd i jego obawa o czytelnika pisma. rozumiem tę decyzję i zgadzam się z nią.
dla mnie osobiście pisanie wspomnianego wyżej tekstu było bardzo ważne i to bez względu na to czy będzie to upublicznione czy tez nie. gdy wyszedłem na prostą, podczas jednej z naszych rozmów usłyszałem od terapeuty: "no to teraz odpocznij trochę, a potem weźmiesz się do roboty". myślę, że to właśnie jest pierwszy, naprawdę poważny krok w moim braniu się "do roboty".
ten tekst, jak i bloga piszę pod pseudonimem. na palcach jednej dłoni mogę wymienić, tych co znają mnie tu z imienia i nazwiska. cały czas nie jestem gotowy do tego, aby występować publicznie i mówić wprost. możliwe, że mój lęk jest irracjonalny, jednak w tej chwili nie mam w sobie tyle siły, aby otwarcie mówić o tym wszystkim. samo to, że napisałem, aż tyle w tekście do pani redaktor uważam za sukces w pokonywaniu swoich ograniczeń i lęków. dlatego dziękuję w tym miejscu pani redaktor za ową iskrę.
tekst nie poszedł do druku w periodyku, co nie znaczy, że nie zostanie opublikowany w innym miejscu. myślę, że jeśli cała ta sprawa, jest Bożą sprawą, to nie ma co się przejmować, bo Pan i tak z tym zrobi co trzeba. a jeśli to nie jest z Bożego Ducha to nie ma co się nakręcać.
i na koniec: pani redaktor pisze prawdę: naprawdę mam ochotę stłuc gębę pewnego jezuity. zrobię to bez zawahania.

środa, 28 października 2009

rekolekcje dla księży.
sama nazwa przyprawia mnie o mdłości. nie znoszę, tego rodzaju wydarzeń. wiadomo, że głoszący je podlega nieustannej ocenie. fatalnie, gdy to do niego dociera i podświadomie próbuje szukać na twarzach słuchaczy chociażby cienia aprobaty. skutki są opłakane. zaczyna się wtedy gra. słuchacze udają, że słuchają,głoszący udaje, że nie mówi pod publikę. mijają 3 dni i wyjazd. czasem ktoś rzuci kilka "ciekawych przykładów do kazań", ale o dotknięciu kapłańskiego serca trudno mówić. tak było i tym razem.
jest gdzieś takie przeświadczenie, że najtrudniej mówić do księży, do swoich.
nie wiem gdzie jest problem. mogę tylko przypuszczać patrząc na siebie. sięgając w mrok moich przeżyć i doświadczeń, wiem ile mnie kosztuje każde kazanie, każda katecheza. problem autentyczności, prawdy mojego przepowiadania w konfrontacji z Bożym Słowem to dla mnie fundament.
nie chodzi o formę, bo warsztat mam opanowany po tylu latach pracy. chodzi o treść, o "przeżucie Słowa". nie potrafię mówić posługując się imperatywami, chociaż to podobno jest najłatwiejsze i do takiego stylu wielu kaznodziei przyzwyczaiło słuchaczy. szukanie trybu rozkazującego w kazaniach staje się wtedy nawykiem.
a mnie cały czas w głowie kołacze się ta myśl: nie zasłaniać sobą Jezusa...
to bardzo trudne.

sobota, 17 października 2009

od nie wiem kiedy irytowały mnie tzw. obchody. w pamięci jeszcze zostały owe przesycone patosem i nadmuchaną powagą uroczystości z czasu komuny. takie silenie się na radość, gdy zewsząd wiało przygnębieniem. a wszystko było psu na budę.
niestety obchody zostały w wielu miejscach do dziś dnia. takie absurdalne pomysły z akademiami ku czci.
wiedziałem, że dzień papieski zbliża się nieuchronnie i coś trzeba z tym zrobić. pewnie można postawić gimnazjalistów, dać im wierszyki do nauczenia na pamięć. scholka nie zaśpiewa barkę albo innego podobnego hiciora, jakieś slajdy JP2 z pielgrzymek, albo jeszcze lepiej z dziećmi, może jaka przemowa kogoś z powiatu i dziesiątka różańca w wykonaniu proboszcza i super sprawa. nooo
tyle tylko, że to nie ma sensu. dla mnie świętowanie to radość. przeszło 30 lat temu polski ksiądz został Namiestnikiem Chrystusowym więc czapki z głów i wielkie hurra. pamiętam co się wtedy działo w naszym domu: cieszyliśmy się, ściskaliśmy, skakaliśmy, był wrzask i radość. dlaczego tej radości nie przenieść na ten dzień?
no i udało się
zebraliśmy wszystkie możliwe chóry i orkiestry z okolicy i zrobiliśmy koncert. była tylko jedna zasada: śpiewacie wasze the best of i pod żadnym pozorem nie wolno śpiewać barki(znaczy to jednak dwie zasady). do tego była aukcja różnych gadżetów na rzecz stypendystów i kilka fajnych wspomnień z tamtego października 78. chóry i orkiestry dały taki popis, że co chwile było standing ovation. gadżety poszły za niezłą sumkę, a wszystko w rewelacyjnej atmosferze święta. prawdziwego święta.
skończyliśmy grubo po 22. na koniec było Abba, Ojcze zjednoczonych sił i poszliśmy do domu.
można? można
dla mnie to była kwintesencja tego dnia. radosne spotkanie, któremu jak ufam z uśmiechem przyglądał się JP2.

piątek, 9 października 2009

wczoraj na Jasnej Górze było bardzo tłoczno. swoje spotkanie miały wyższe przełożone zakonne, co mnie bardzo cieszy, bo to mądre kobiety, a rozmowy z mądrymi ludźmi zawsze są dobre. tłok jednak zrobił kto inny: dzieciaki ze szkół imienia JP2. 20 tysięcy dzieciaków. dają radę. fajna ekipa bardzo "kolorowa".
spotkanie z siostrami dało mi, więcej niż ja potrafiłem dać. dużo światła, jeśli można powiedzieć, dużo dojrzałego światła w nich jest. takie spotkanie są bardzo piękne, bo pokazują tę zupełnie inną perspektywę. tą perspektywą jest Niebo. bardzo namacalne. wtedy, jakże nie tęsknić?
patrzyłem na kolory ekipy. usiadłem sobie gdzieś na trawie między nimi na Mszy na wałach. słucham patosu płynącego z ust ważnych. słuchałem śpiewu warszawskich dzieci, przygotowanych przez gorliwych wychowawców. słuchałem tego co mówił Nuncjusz. słuchałem tego siedząc w tym kolorowym tłumie. dość szybko zajęli się sobą, skoro nikt nie chciał zająć się nimi.
nikt z góry nie zadał sobie trudu, żeby pobyć z nimi. i tak powstały dwa światy. ci na wałach i ci pod wałami.
patrzyłem na tę kolejna zmarnowaną szansę.
z każdym słowem abp Kowalczyka miałem tysiąc pomysłów jak można ten dzień wykorzystać, jak wykorzystać tę paletę kolorów, aby poczuli, że to jest ich dzień. słowa patosu, słowa wyświechtane do nikogo nie trafiają.
po wszystkim siedziałem na ostatnim parkingu przy płocie na trawie, jak zwykle w "cywilu". obok usiedli zapaleni kibice pewnego, których szkoła tez nosi imię JP2. czekałem na swoich. młodziaki zaczęli nawijkę o klubie. podpuściłem ich, że z takim składem nie mają szans na mistrza. fajnie się buntowali. puścili mi mp3 z ich hymnem. tak, oni się z klubem z barwami, z walką utożsamiają, a to co dostali pod Jasną Górą nijak się ma do ich młodzieńczego ducha. gadaliśmy długo. w końcu przyszli moi i tekst: "psze księdza, ile jeszcze mamy czasu?" w tamtych jakby piorun strzelił: "to pan jest księdzem, bo myśleliśmy, że kierowcą". no spoko prawko też mam. więc nie problem.
poszedłem z moimi na kiermasz na "barbarę"
", po pamiątki. widziałem, jak odprowadzają mnie wzrokiem.
żal mi się ich zrobił, gdy usłyszałem jak ich opiekun woła: "dalej szybko do autobusu bo już zaraz 15 i musimy zacząć koronkę". tia, musimy
jeśli ktokolwiek będzie winny temu, że nie znajdą swojego miejsca w Kościele to tylko my, księża.

poniedziałek, 5 października 2009

opowiada mi o kolejnym swoim związku, o kolejnym "świeżym mięchu". jaki jest? fajny - słyszę i to ma mi wystarczyć. niech będzie
wiem... wiemy, że znów będzie płacz, że popłyną łzy i przybiegnie do mnie jak małe dziecko, że będzie rozdzieranie szat i rwanie włosów z głowy.
mówię o tym, mówię, że się przejmuję. czym? kim - tobą.
nie powinieneś.
czy aby na pewno? gdzie jest granica mojego przejmowania się?
jaki sens ma moje przejmowanie się wobec wolnego wyboru?
pewnie, można powiedzieć: po prostu bądź, po prostu czekaj, taka jest twoja rola.
czy tylko to mi zostało? patrzeć jak rani siebie, jak krwawi? a potem znów mam opatrywać rany?
tak bardzo mi na tobie zależy. tak nie chcę patrzeć na to jak cierpisz...
wiesz, że jest inna droga. czasem w przebłysku świadomości ją dostrzegasz. wtedy widzę w twoich oczach jak tęsknisz. tylko przez chwilę.
poczekam więc do następnej takiej chwili. może to już jest w końcu ten 77 raz...